Noir

***

Była mroźna zimowa noc. Adam wrócił z opery, gdzie miał się spotkać ze swoim przyjacielem, ale ten wymówił się chorobą. Wszyscy wiedzieli, że choroba miała na imię Mademoiselle Martine, występowała w pomniejszych teatrzykach i pomimo miernego talentu aktorskiego samą urodą zdołała zawrócić w głowie sporej grupie młodych paryżan.

Leżał w wannie, rozkoszując się gorącą kąpielą, którą przygotował mu wierny Jacques, a nie żaden nowomodny automatyczny lokaj, kiedy w oknie ujrzał Czarnego. Tak wyraźnie, jak nigdy dotychczas. Jego przystojna, ale zawsze wykrzywiona dziwacznym uśmiechem twarz była jak zamarznięta, pokryta szronem i przyklejona do szyby. Nie zdążysz, zdawała się mówić, nie zdążysz, choćbyś miał najszybsze mechaniczne konie.

Adam zamknął oczy, usiłując odegnać tę marę, i wtedy zobaczył. Feliksa leżącego w śniegu, w miejscu, które było znajome… bardzo znajome.

Wyskoczył z wanny i prawie się nie wycierając założył szybko rzucone wcześniej na fotel ubranie, porwał płaszcz i laskę, zapominając o kapeluszu, i wybiegł na mróz. Pędził przed siebie, na próżno rozglądając się za dorożką – wziąłby każdą, jaka by się nadarzyła. Kiedy już myślał, że istotnie całą drogę z Villiers do Tuileries przyjdzie mu pokonać biegiem (nie zdąży, Czarny miał rację, że nie zdąży), usłyszał metaliczny brzęk, stukot kopyt i turkot kół. Pokonując niechęć i lęk, wskoczył do powozu, każąc ruszać pędem i wysadzić się przy bramie ogrodu.

Feliks leżał tak, jak ukazała go wizja: twarzą w dół, w śniegu, pod posągiem Tezeusza walczącego z Minotaurem. Adam odwrócił ciało: jego przyjaciel nie oddychał, a twarz miał nienaturalnie białą.

Postać Czarnego zamajaczyła na skraju pola widzenia. Adam wbił wzrok w ciemniejsze miejsce na samej granicy poświaty rzucanej przez lampę gazową i on tam był. Stał spokojnie, przyglądając się tej scenie, rękę z pistoletem miał opuszczoną. Adam sięgnął do kieszeni – on sam zostawił broń w domu.

Jego rozpaczliwe krzyki przywołały straże, a nad ranem, gdy tylko przebudził się z drzemki przy kominku w jednym z pałacowych anteszambrów, podszedł do niego osobisty sekretarz Feliksa.

– Pan hrabia chce z panem rozmawiać.

Adam już wiedział, że przyjaciel żyje. Wiedział, od kiedy Feliksa zaniesiono do pałacu, a jego samego napojono gorącą czekoladą i usadzono pod ciepłym pledem przy ogniu. W przerażeniu nie wyczuł słabego ruchu klatki piersiowej pod płaszczem, a śnieg przyklejony do twarzy pogłębił wrażenie śmiertelnej bladości.

– Mademoiselle – wyszeptał Feliks, kiedy Adam pochylił się nad nim. – Proszę… co z nią. Ona… Tam było coś… Za nią… wokół niej…

Adam dowiedział się, ale nigdy nie opowiedział o tym przyjacielowi. Oficjalnie panna Martine wyjechała z Paryża, rozczarowana brakiem perspektyw, ale plotki głosiły, że opuściła miasto na rozkaz hrabiny Elizy, która nie prostowała tych doniesień. Adamowi wyjawiła jednak, że ciało aktoreczki znaleziono w jej domu, wyschnięte i pomarszczone, jakby przeleżało w suchej piwnicy kilkadziesiąt lat. Sprawą zajął się wydział specjalny policji monsieur Vidocqa, on zaś postarał się, by żadna inna wersja, a zwłaszcza ta o zakochaniu połowy paryskich złotych młodzieńców w ofierze Tamtych, nie ujrzała światła dziennego.

***

© Agnieszka Fulińska (Drakaina)

Reklamy