Głosy umarłych – intro

Nil admirari – rozległo się od drzwi i Adam omal nie podskoczył w fotelu.

Kilka spotkań z monsieur Vidocqiem w ciągu ostatnich tygodni powinno było go przyzwyczaić: ten człowiek o rozmiarach i posturze goryla, manierach wieprza i stentorowym głosie potrafił poruszać się ciszej niż kot.

Nil admirari – powtórzył gość. – Tak nazwiemy nasze biuro, monsieur le baron.

Adam uniósł ze zdumieniem brew. Nasze biuro?

– Postanowiłem uczynić pana wspólnikiem w nowym przedsięwzięciu, biurze, które nazwiemy z amerykańska detektywistycznym – powiedział konwersacyjnym tonem Vidocq, sadowiąc się na starej sofie, której delikatna konstrukcja jęknęła pod jego ciężarem. – Jestem pełen podziwu dla pańskiej błyskotliwości i determinacji w zwalczaniu zła tego świata. Potrzebuję kogoś, kto ma umysł otwarty na największe dziwa i kto nie cofnie się przed postępkami, które wielu uznałoby za, hmm, niegodne?

Na moment zapadło milczenie. Adam starał się nie wiercić w fotelu pod świdrującym wzrokiem inspektora.

– Sposób, w jaki dowiedział się pan o grożącym naszemu krajowi niebezpieczeństwie – powiedział w końcu gość, mrużąc lekko powieki, ale nie spuszczając wzroku z Adama – to, jak rozwiązał pan zagadkę i usunął zagrożenie, pokazuje, że jest pan dokładnie – podkreślił ostatnie słowo – takim człowiekiem, jakiego potrzebuję.

Wygłosiwszy tę mowę, Vidocq zatarł ręce, po czym bez zaproszenia sięgnął po jedno z leżących na porcelanowej paterze ciastek, Adam zaś wzdrygnął się na wspomnienie tego, do czego czytelną aluzję zrobił jego gość. Kilka tygodni temu zastrzelił z zimną krwią człowieka, żeby ocalić taką Francję, w jakiej chciał żyć… Przekonanie, że przeznaczeniem, jakie wybrał tamtemu Czarny, było zginąć zastrzelonym kilka lat później, nie stanowiło wielkiego pocieszenia.

Po spotkaniach, jakie odbyli w związku z tamtą sprawą, wiedział, że dyskusja i protesty będą nadaremne. A poza tym miał świadomość, że Vidocq ma rację: istotnie, Adam posiadał cechy i zdolności, które mogły okazać się przydatne w nietypowych śledztwach, jakie prowadziło biuro cesarskiego inspektora do spraw specjalnych.

– Proszę się częstować – wymamrotał, żeby zachować pozory właściwych manier, ale gość już zdążył przysunąć sobie paterę i przyglądał się badawczo jej zawartości.

– Widzę, że zainteresowały pana papiery, które panu przysłałem – powiedział, nie odrywając wzroku od ciastek.

Adam zerknął na etażerkę stojącą koło jego fotela: rozłożone na niej były dokumenty, które chwilę temu przeglądał.

– To bardzo stara historia, nie było mnie jeszcze wtedy na świecie – odparł ostrożnie. – Nie bardzo rozumiem, dlaczego pan mi to przysłał.

– Między innymi właśnie dlatego, że nie ma pan szans pamiętać. Nic pan nie wie, więc podejdzie pan do sprawy bez uprzedzeń. A poza tym pańskie doświadczenie z tym, jak go pan nazywa, Czarnym, kazało mi zrewidować poglądy na wydarzenia, które przez czterdzieści lat nie dawały mi spokoju.

Adam zaniemówił. Dokumenty, na których lekturze przyłapał go Vidocq, dotyczyły zabójstwa i procesu z roku 1817, istotnie sprzed niemal dokładnie czterdziestu lat. Zabójstwa wyjątkowo okrutnego i procesu, w którym trzy osoby skazano na śmierć…

– Pytanie tylko, czy słusznie – zauważył Vidocq, jakby czytał Adamowi w myślach.

– Czy słusznie? – powtórzył Adam.

Vidocq machnął ze zniecierpliwieniem ręką.

– Niech pan nie udaje, że nie myślał pan w tej chwili właśnie o tym. Niech pan nie obraża własnej inteligencji i mojej. To pytanie jest oczywiste: czy skazani w tym procesie istotnie popełnili tę zbrodnię?

Inspektor wstał, wyciągnął coś z kieszeni i bezceremonialnie podetknął Adamowi pod nos, nachylając się nad fotelem. Adam poczuł, że kręci mu się w głowie.

Krew. Wszędzie dookoła krew. Upiorne pochrząkiwanie świni gdzieś w kącie, racice ślizgające się w krwi.

– Co to było? – zapytał, z trudem łapiąc powietrze. Siła, z jaką uderzył go ten obraz, zaskoczyła go i przeraziła.

– Najpierw pan mi powie, co pan zobaczył.

Krew.

– Krew – odparł Adam. – Misa… koryto pełne krwi.

Inspektor wpatrywał się w niego, jakby na coś czekał.

– I świnia – dodał Adam niepewnie. – To nie ma sensu.

Vidocq zamknął oczy i odchylił głowę na oparcie sofy – wyglądał jakby zapadł w drzemkę. Chwilę później wyprostował się i wyciągnął ku Adamowi dłoń, na której leżał skrawek tkaniny z wyraźnymi brunatnymi plamami. Jak zaschnięta bardzo dawno krew.

– Papiery, które panu wysłałem, żeby zainteresować pana tą sprawą – oraz naszą współpracą – zawierały tylko fragmenty zeznań. Całość akt to setki, jeśli nie tysiące stron. Pan odtworzył jeden z brakujących szczegółów na podstawie materiału dowodowego, nawet go nie widząc.

Adam wpatrywał się w niego z niedowierzaniem.

– Świnia? – zapytał, czując wzrastającą odrazę.

Inspektor potaknął.

– Ktoś spuścił z ofiary całą krew, napełnił nią koryto i napoił świnię.

Adam poczuł mdłości.

– Sąd uznał to po prostu za dowód zwyrodnienia zbrodniarza, ale ponieważ ofiara należała do ówczesnej politycznej opozycji, nie skupiano się zanadto na szczegółach. Skazano zabójców – lub rzekomych zabójców – oraz parę innych osób, ale tak naprawdę w trwającym ponad rok procesie pewnych aspektów nie starano się wyjaśnić, no i nie podawano części szczegółów, a tym bardziej dociekań z nimi związanych, zbyt pilnie do wiadomości publicznej, mimo że zainteresowanie było ogromne. Gawiedź była zadowolona z wyroków, tłumnie stawiła się na egzekucję, gazety we Francji i na świecie miały przez kilka miesięcy gorący temat, kilku pacykarzy znalazło malarskie natchnienie – i na tym teoretycznie sprawa się zakończyła.

– A pan uważa, że to nie koniec. – Zabrzmiało to tak banalnie, że Adam omal się nie roześmiał.

Vidocq zignorował tę uwagę. Najwyraźniej i on uznał, że obrażała inteligencję ich obu.

– Pewien dokument, anonimowa broszura wydana w Brukseli – ciągnął – sugeruje, że ten element zbrodni mógł być związany z jakimiś diabelskimi praktykami. – Inspektor prychnął ze zniecierpliwieniem. – Inny, że prokuratora Fualdèsa zamordowali masoni w zemście za wyjawienie ich tajemnic. Co mogłoby być jeszcze banalniejsze? Kabaliści? Jakobini?

Według papierów, które Adam czytał, ofiara miała błagać o możliwość odmówienia ostatniej modlitwy, ale odmówiono jej tego, co oczywiście mieściło się w wyobrażeniach o zbrodniczej rewolucji.

– Z akt wynika, że zamordowany był w czasach rewolucji umiarkowanym jakobinem, a po 1815 pozostał wierny cesarzowi, niektórzy uważają go wręcz za lokalnego przywódcę antyburbońskich fédérés – zaryzykował Adam. – To marny kandydat na prześladowanie przez wrogów króla i kościoła.

– Owszem – potaknął Vidocq w zamyśleniu – ten człowiek mógł raczej obawiać się oskarżenia o podobne praktyki, niż stać się ich ofiarą.

Adam wyjrzał przez okno. W odległych o paręset metrów ogrodach Monceau, które monsieur Hausmann przebudowywał właśnie na publiczny park, przekwitały kasztany, zwiastując nadejście lata. Jeszcze wczoraj Adam planował wyjazd z grupą przyjaciół nad morze na kilka upalnych tygodni. Czuł jednak, że jeśli zdecyduje się na pobyt w Biarritz, to obraz przywołany przez brunatny kawałek sukna nie przestanie go prześladować.

Nil admirari – powtórzył w końcu. – Będę z panem współpracował. Przy tej sprawie – dodał.

Vidocq rzucił mu przeciągłe spojrzenie, ale nic nie powiedział.

***

© Agnieszka Fulińska (Drakaina)

Reklamy