Gdy rozum śpi

the-sleep-of-reason-produces-monsters-1799

***

Uderzyło go to, kiedy zjechali z gór. Inne powietrze. Najpierw ta zmiana była oczywista: w miejsce rześkich zapachów górskich sosen i ziół oraz chłodnej, czystej bryzy pojawił się typowy dla bardziej uczęszczanych dróg kurz i smród końskiego łajna. Ale pod tym kryło się coś jeszcze, coś nieuchwytnego, co nie było zapachem żadnej rośliny ani żadnego zwierzęcia. Julien nazywał to zapachem strachu.
Był jeszcze jeden list. Z listopada, od pana de Moncayo, zaniepokojonego tym, że nie miał żadnych wieści od Antoine’a. W grudniu zaś zmarł hiszpański król i kraj pogrążył się w żałobie, nic więc dziwnego, że pan de Moncayo więcej nie pisał. Nikt już więcej nie pisał.
Otrząsnął się z półsnu, w jaki od kilku dni zapadał w siodle, zły, że znów mu się to przydarzyło, i obejrzał się za siebie. Stary Michel jechał z niezachwianym spokojem żołnierza, którym nie był już od ćwierćwiecza, odkąd kula z muszkietu zgruchotała mu kolano. Julien wstrzymał lekko konia, pozwalając słudze zrównać się z sobą.
– Ten odór – odezwał się. – Czujesz to?
– Odór, wasza wielmożność? – Michel rozejrzał się po drodze. – Ano, kurz, łajno i upał, to i smród normalny.
Julien pokręcił głową.
– Nie, to… to bardziej jak padlina… – nie potrafił określić tego, co czuł.
Michel pociągnął nosem.
– Jak tak mi panicz zwrócił uwagę – powiedział po chwili, marszcząc nos – to zaiste może i dobrze panicz czuje. Ale i to normalne, w taki upał każde truchło rozłoży się, zanim jeszcze psy czy sępy je zjedzą.
Julien rozejrzał się po porośniętej niewysoką roślinnością dolinie rzeki Ebro, powiódł wzrokiem ku wzgórzom. Znajdowali się jakieś dwie, może trzy godziny jazdy od Saragossy. Nigdzie nie widział krążących padlinożerców.
– Paniczu – odezwał się chwilę później Michel, wskazując ręką ku niewielkiej dróżce, biegnącej w kierunku wzgórz. W ich stronę zmierzała powoli grupa ludzi.
Julien potrzebował chwili, żeby zrozumieć, że ci ludzie w czerni, wydający z siebie posępne jęki, to kondukt pogrzebowy. Zsiadł z konia i przykląkł, czekając aż minie go ksiądz i trumna. Pył na drodze miał dziwaczny żółtawy kolor; Julien poczuł, że kręci mu się w głowie… Powietrze zrobiło się ciężkie i lepkie, usłyszał jakieś głosy, a potem była już tylko ciemność.
Obudził się siedząc oparty o pień karłowatego drzewa, obok stały uwiązane ich trzy konie, a Michel poił go winem z manierki, która pamiętała zapewne wojnę siedmioletnią. Julien odsunął jego rękę i spojrzał przed siebie. Kondukt minął ich dawno, sądząc po tym, że żałobników ledwie było widać, a poruszali się bardzo powoli.
– Przeklęty upał – mruknął Michel. – Myślałby kto, przecież dopiero kwiecień. Zemdlał jaśnie pan, jak nie przymierzając młoda panna.
Julien wiedział, że zalewa go rumieniec. Czuł wstyd, straszny wstyd, że pokonało go słońce i ciężkie od pyłu powietrze. Padlina.
Otrząsnął się. W tym upale to oczywiste, nieszczęśnik miał prawo cuchnąć. Przeżegnał się, powtarzając w myśli modlitwę za zmarłych.

***

W Saragossie uświadomił sobie, że nie wie, jak zacząć poszukiwania: miasto okazało się większe, niż się spodziewał. Zatrzymali się w gospodzie tuż przy bramie zwanej Quemada. Spalona. Z kuchni jak na ironię dolatywał zapach spalenizny, ściany były odrapane, ale i tak wnętrze wyglądało lepiej niż w zapchlonych i brudnych posadas, w których nocowali przez ostatnie kilka dni. Michel jak zwykle kłócił się z właścicielem o cenę pokoju mieszanką hiszpańskiego i francuskiego, podczas gdy Julien, który nie odzyskał całkowicie sił po omdleniu w południe, stał oparty o ścianę i wpatrywał się w majaczącą w oddali na tle wieczornego nieba ciężką bryłę dawnego mauretańskiego zamczyska.
– Załatwione – oznajmił zadowolony z siebie Michel, który odkąd wjechali do Hiszpanii pomimo protestów Juliena targował się uparcie z właścicielami zajazdów, powołując się na matkę Hiszpankę, przywiezioną przez ojca do Francji z wojny sukcesyjnej. Znajomość języka była jednym z powodów, dla których ojciec Juliena wybrał tego właśnie sługę, by towarzyszył synowi w wyprawie. Drugim było oczywiście to, że pomimo kalectwa Michel był nadal wybornym jeźdźcem i strzelcem.
– Skąd pochodziła twoja matka? – zapytał go, kiedy znaleźli się w pokoju. Służący walczył z powygniatanym materacem w głównym pomieszczeniu, a Julien czekał, aż z dołu przyniosą balię z wodą, przysiadłszy na skraju solidnego, choć pamiętającego lepsze czasy łoża z baldachimem, znajdującego się w niewielkiej alkowie.
– Z Andaluzji – odparł krótko Michel.
Woda była letnia i mało przyjemna, ale Julien siedział w niej, dopóki cały nie ścierpł w ciasnej balii. Miał wrażenie, że nigdy nie zmyje z siebie tego pyłu, tego żółtawego kurzu z drogi, którą szedł kondukt pogrzebowy. Tarł ciało gąbką, jakby chciał zedrzeć z siebie skórę, a potem długo wycierał się ręcznikiem. Przyglądał mu się mrukliwy kilkunastoletni chłopak, który wcześniej przydźwigał wraz z drugim podobnym wyrostkiem balię, a teraz siedział na parapecie czekając, aż gość zakończy swoje dziwaczne rytuały.
– Zapytaj go – Julien zwrócił się do Michela – czy nie słyszał o Francuzie i… Niemcu, którzy pół roku temu zatrzymali się w Saragossie.
Michel spojrzał na niego z wiele mówiącą miną, ale wzruszył ramionami i zagadał do chłopaka. Tamten pokręcił głową.
Michel powiedział coś jeszcze, na co chłopak przyjrzał mu się z cieniem zainteresowania w oczach i w końcu skinął głową, gdy wymienili kolejne parę zdań. Julien rzucił towarzyszowi pytające spojrzenie.
– Zaproponowałem mu niewielką zapłatę, jeśli popyta w innych zajazdach.
– Oczywiście – przytaknął Julien.
Nie nadaję się do tego, pomyślał, kładąc się do łóżka i zaciągając zasłonę w przejściu do alkowy. Wiem już, dlaczego ojciec wybrał Antoine’a. On był bystry… jest bystry. Nie mógł sobie pozwolić, żeby myśleć o kuzynie w czasie przeszłym. Musiał wierzyć, że Antoine żyje.
Skąd pewność, że przydarzyło mu się coś złego? To pytanie zadawał sobie codziennie i codziennie udzielał sobie tej samej odpowiedzi. Ponieważ nikt, komu nic złego się nie stało, nie pisze bełkotliwej wiadomości na skrawku zużytego papieru brązowym atramentem, wyglądającym jak zaschnięta krew.

***

Spał jak zabity ponad osiem godzin, ale obudził się z ciężką głową, udręczony sennymi koszmarami, których nie pamiętał.
Przez pół dnia włóczył się bez celu po mieście, usiłując wyobrazić sobie, gdzie mogli się zatrzymać Antoine i pan Leitner, gdzie mieli spotkać się z wysłannikiem pana de Moncayo, skąd wyruszyli dalej do Madrytu? Nie jechali lekko, jak on i Michel, którzy w Tuluzie przesiedli się z powozu na konie. Pan Leitner był starszawym człowiekiem; Julien widział go tylko raz, przelotnie, kiedy wiedeński uczony odwiedził jego ojca tuż przed wyjazdem do Hiszpanii. Zamknęli się wtedy w gabinecie, a gość nie został nawet na kolacji, co matka uznała za wielką nieuprzejmość. Julien zapamiętał mężczyznę w sile wieku, dość wysokiego i lekko zgarbionego, ubranego w prosty ciemny frak ze staromodnym żabotem i wymiętoszoną peruczkę. Herr Professor wyglądał jak uczony z satyrycznych obrazków.
Spoglądając na szyld kolejnego zajazdu uświadomił sobie nagle, że nie wie, czy Antoine spotkał się w tym mieście z kimkolwiek ani czy opuścił Saragossę, a nawet, czy do niej dotarł. Było południe, dzwony wszystkich kościołów rozdzwoniły się i Julien skulił się, ogłuszony nagłym natłokiem dźwięków. Michel podtrzymał go z wyrazem zatroskania na twarzy.
– To nic – usiłował powiedzieć Julien, ale miał wrażenie, że bruk ulicy wybrzusza się i wznosi ku niemu falą, podczas gdy grzmot dzwonów przyciska go do ziemi, i te dwie przeciwstawne siły zgniatają go w potrzasku.
A potem, w jednym momencie, wszystko wróciło do normy. Julien kątem oka zobaczył jeszcze ciemną postać stojącą w bramie tuż obok i poczuł dziwaczny dreszcz, ale właśnie wtedy świat stał się na powrót zwyczajny: ludzie spieszyli do kościoła, konie zaprzężone do eleganckiego powozu parskały, gołębie poderwały się do lotu, kiedy przez plac przebiegł pędem smagły i dodatkowo umorusany wyrostek. Julien z ulgą skonstatował, że to jego wziął za ciemny kształt czający się w bramie. Może zresztą słusznie, to pewnie drobny złodziejaszek, który byłby okradł bez skrupułów nieprzytomnego cudzoziemca. Pomacał się po bokach, ale szpada, pistolet i pieniądze były na miejscu.
Michel chlusnął mu w twarz przyniesioną z pobliskiej studni wodą.
– Już dobrze – powiedział Julien. – To przez to przeklęte słońce – dodał, po czym spojrzał na niebo, zasnute wróżącymi niechybny deszcz chmurami. – To… pewnie przez wczoraj… wczorajsze słońce – wymamrotał, czując znów ten wstyd, że okazał się słaby.

***


© Agnieszka Fulińska (Drakaina)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s