Biada jego złej duszy

***

Mrucząc coś do siebie, pan Zygmunt złożył wycinek gazety i schował go z powrotem do sakwy. Im dalej byli od domu, im bliżej celu podróży, tym częściej wyjmował go, rozkładał, czytał, składał i z westchnieniem ukrywał z powrotem.
Nigdy nie powiedział Grzegorzowi, po co dokładnie jadą. Stary pan, wysyłając go, wspomniał jedynie o podróży. Pani mówiła o spadku. Pan Zygmunt, gdy się szykowali do wyjazdu, opowiadał o zmarłym krewnym, o jakichś kłopotach z dziedzictwem, o honorze i obowiązkach. Grzegorz, którego, kiedy był jeszcze wiejskim chłopcem, stary pan kazał, razem z innymi, uczyć czytania, podejrzewał, że gazeta ma z całą sprawą coś wspólnego i obiecał sobie, gdy tylko nadarzy się okazja, zajrzeć, co to takiego.
Okazja trafiła się szybciej, niż się spodziewał. Pod Pułtuskiem, gdzie zjechali nieco z prostej drogi, by zanocować u dawnych znajomych pana Augusta, złapała ich ulewa. Zmarznięci i zmokli, pod wieczór dotarli do dworu w Chmielowie. Tam ich przyjęto gościnnie i pana zaraz posłano spać do pokojów gościnnych, Grzegorzowi zaś pościelono w niewielkiej izdebce obok, gdzie złożono też wszystkie bagaże, jakie mieli ze sobą w podróży.
Przy resztce świecy, jaką dała mu gospodyni, Grzegorz ochlapał twarz wodą i rozebrał się do snu. Zza ściany słyszał chrapanie i kaszel: ani chybi pan Zygmunt przeziębił się przez tę dzisiejszą ulewę; być może, pomyślał Grzegorz, przez parę dni będą tu musieli zostać, trochę odpocząć. Nie martwiłoby go to zbytnio: od samego Krakowa jechali w szalonym tempie.
Choć był pewny, że pan śpi, czuł się nieswojo, sięgając do sakwy i wyciągając z zamkniętej kieszeni złożony w czworo wycinek. Powoli i starannie, tak jak go uczył kleryk w szkole, którą pan August otworzył dla wiejskich dzieci i do której, ku ich utrapieniu, kazał chłopców pędzić bez litości, przesylabizował:

 Powszechnie mówi się po wsiach o wojnie, głodzie czy innych nadchodzących nieszczęściach. Wiele też znaków dziwnych zaobserwował lud prosty a przesądny. Opowiadano bajki o dziwożonach, o tym, jakoby trupy bez głów snuły się po lasach i o wszelkich tych dziwadłach, którymi fantazja wieśniaka tłumaczy sobie świat dookoła. Zwłaszcza zaś po całym kraju rozpowiada się o duchach pokutujących: tu pod Wilnem miał się niewieście mąż zmarły ukazać i, dziecię ich ze sobą zabrawszy, z powrotem w czeluściach przepaść piekielnych, tu pod Krakowem zjawa spać rządcy nie dawała, łańcuchami dzwoniąc, tu wreszcie w stronie nowogrodzkiej ognie widziano po lesie, a w tych ogniach twarz człowieczą, męką szatańską wykrzywioną i udręczoną wielce. Wszystko to niechybnie ludowi na myśl nasuwa, że dziwne jakieś wydarzenia niebawem muszą nastąpić.

Pod tekstem, niestarannym pismem pana Zygmunta, napisane było „z Gazety Wileńskiej, 15 marca A. D. 1795”.
Nic ważnego. Żadnej informacji o tym, że ktoś umarł, o poszukiwanych spadkobiercach, wdowie w potrzebie…. Pokręcił głową: zupełnie nie tego się spodziewał. Złożył gazetę i schował z powrotem do wewnętrznej kieszeni sakwy. Wkładając ją, poczuł pod palcami jeszcze coś: nie papier, a skórę, coś jakby kieszeń w kieszeni.
Wahał się przez moment, ale ciekawość zwyciężyła. Wyciągnął luźną kieszeń z sakwy: okazała się być niewielkim skórzanym portfelikiem. W środku kryło się kilka luźnych kart papieru.
Grzegorz wydobył je, jeden po drugim. Najpierw kawałek białej karty z naszkicowanym kilkoma kreskami portrecikiem: wiejska dziewczyna, śliczna jak anioł, z długimi warkoczami i słodkim uśmiechem. Po nim – kolorowy malunek: portret młodzieńca, w którym Grzegorz ku swemu zdumieniu rozpoznał pana Zygmunta sprzed kilku lat, młodzieńczego i beztroskiego. Jego usta nie zaciskały się jeszcze w wąską linię, a czoła nie znaczyły bruzdy; z pogodnym uśmiechem na twarzy wyglądał na szczęśliwego. Na odwrocie starannym i pięknym pismem nakreślono kilka słów:

Umiłowany bracie, tyś napełnił mi duszę radością i pozwolił mym myślom wzlecieć ku wyżynom pierwej niedostępnym; teraz, w wigilię wspólnej podróży, która, ufam, złączy nas jeszcze mocniej, przyjmij to skromne dzieło mojej ręki z zapewnieniami braterskiej miłości. J.

Sięgnął po trzecią kartę: zapisaną ręcznie, pokreśloną i niestaranną. Rozpoznał natychmiast pismo pana Zygmunta, ale przy ledwie tlącej się resztce ogarka nawet nie silił się na próbę odczytania go: nigdy nie nauczył się dobrze czytać liter ręcznego pisma, a zięć pana Augusta pisał, na dodatek, wyjątkowo niestarannie i nieelegancko (kleryk, pomyślał sobie mściwie Grzegorz, dopiero dałby mu za to po łapach!). Schował list razem z resztą dokumentów do portfela i postanowił, że wstanie wcześnie i przyjrzy mu się rano, przy dziennym świetle.
Kiedy się przebudził, dopiero wstawał szary świt; deszcz szumiał i szemrał za oknami. Grzegorz przetarł oczy, narzucił na siebie ubranie i sięgnął z powrotem po sakwę.
W mdłym świetle dnia pismo pana Zygmunta bynajmniej nie stało się wyraźniejsze. Wśród skreśleń i poprawek Grzegorz powoli odcyfrowywał słowo za słowem. Z pierwszych kilku linii nie umiał przeczytać nic, poza pojedynczymi wyrazami: tu wśród nieczytelnych gryzmołów jakieś umiłowany, tu, nieco dalej, naściubane nad czymś energicznie przekreślonym ciemnego boru, tu, z boku wzdłuż całej karty, wielkimi literami wypisane staranne, ale niezrozumiałe UNCAUCHEMAR. Dalej pismo robiło się nieco wyraźniejsze, pozwalając na odczytanie całych linijek.

Zda mi się, widzę w roze… (tu Grzegorz za nic nie mógł odcyfrować słowa) cieniach
Płomienny odblask purpury,
Jak gdy Aurora czerń nocy odmienia,
Olimpu rozświetla mury.

Lecz nie z Olimpu, nie z z niebios, co widzę!
Oto piekielna szkarada!

Tu Grzegorzowi po raz kolejny brakło cierpliwości: pokreślone i zamazane, jakby je kto zalał wodą, litery nie układały się w żadne mające sen słowa. Coś o ogniu. Coś o piekielnym gorącu, o nic nie znaczącym pożarze świata, poza tym – nic. Dopiero nieco dalej udało mu się rozpoznać słowa opłakać los mego brata, a potem odczytać ostatnią, napisaną zamaszystym pismem linijkę:

Modlitwa nic nie pomoże .

 – I co, Grzegorzu? Jakże to, z wyżyn waszej erudycji, oceniacie moją poezję? Podoba się? Przeczytać w ogóle umiecie?!
Grzegorz zerwał się na równe nogi; zaaferowany próbami lektury i wysiłkiem, jaki musiał włożyć w czytanie, nawet nie usłyszał, kiedy pan Zygmunt wstał i otworzył drzwi między pokojem gościnnym a służbówką. Stał teraz w tych drzwiach, ciągle w nocnym stroju i wściekły – Grzegorz nie miał wątpliwości – ponad ludzką miarę.
– Ot, pachoł bezczelny! – krzyknął pan i wyrwał kartę z rąk Grzegorza tak gwałtownie, że przedarła się w połowie – Co ty sobie wyobrażasz, chamie jeden?! W pańskich rzeczach grzebać? Czegoś tam szukał – pieniędzy, złodziejaszku?
Grzegorz wiedział, że – choć słowa pana ubodły go do żywego – powinien milczeć, powinien patrzeć przepraszająco i durnowato, czekając, aż pan przestanie się pieklić; wiedział, a mimo to nie wytrzymał i zaprotestował:
– Nie jestem złodziejem! Proszę najpokorniej o wybaczenie, nie trzeba było sięgać po cudze. Byłem po ludzku ciekawy, ot co, ale kraść nie zamierzałem.
– Ciekawy! – prychnął pan – A czego niby? Pani wam kazała mnie szpiegować, przyznajcie!
– Nie, panie – przynajmniej, pomyślał Grzegorz, nie kłamię aż tak bardzo, pani nic nie wspomniała o przeszukiwaniu sakwy – Tylkoście ciągle tę gazetę oglądali i oglądali, a mnie czytać nauczyli za dzieciaka, w szkole, co ją pan August założył… ciekawy byłem, co tam piszą, gdzie i po jedziemy… Nic żeście nie powiedzieli…
– I co? – zapytał pan Zygmunt, już nie gniewny, raczej ze złośliwym rozbawieniem – Teraz już wiecie? Zrozumieliście?
– Nic a nic – przyznał Grzegorz, nie całkiem zgodnie z prawdą.
– No to pakujcie nasze rzeczy, wyruszamy – powiedział pan z westchnieniem – A w drodze – porozmawiamy. Najwyższa widać pora, żebym wam co nieco powiedział.

***


© Aleksandra Klęczar (Ninedin)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s