Gregor MacGregor, kacyk Poyais

Jeżeli ktoś myśli, że to XX-XXI wiek wynalazł piramidy finansowe i giełdowych naciągaczy, to się grubo, grubo myli. Bywali i wcześniej – a o jednym, szczególnie barwnym, pozwolę sobie dziś parę słów napisać. Proszę państwa, przed państwem generał Gregor MacGregor.

Od zera do pułkownika

GregorMacGregor
George Watson, portret Gregora MacGregora, ok. 1804

Gregor MacGregor z klanu MacGregorów, stryjeczny pra-prawnuk Rob Roya i w przyszłości mąż kuzynki Simona Bolivara urodził się w wigilię roku 1786 w Stirlingshire w Szkocji. W przyszłości miał czarować londyńską socjetę opowieściami o tym, jak to był baronetem i potomkiem przywódców klanu, ale w rzeczywistości jego ojciec Daniel był kapitanem w służbie Kompanii Wschodnioindyjskiej. Po jego przedwczesnej śmierci dzieci, w tym Gregora, wychowywała matka, Ann z domu Austin; w domu prawdopodobnie mówiło się po gaelicku, ale Gregor musiał nauczyć się angielskiego dość wcześnie – w późniejszym życiu robił na ludziach wrażenie człowieka obytego i wszechstronnie wykształconego, a wówczas oznaczało to zarówno erudycję i pewien zasób ogólnej wiedzy, jak i odpowiedni akcent…
W każdym razie, kiedy tylko Gregor skończył przepisowe 16 lat, rodzina poczyniła spory finansowy wydatek, by zakupić mu patent oficerski i tak młody MacGregor trafił do służby podczas wojen napoleońskich. Był rok 1803, a MacGregor musiał radzić sobie całkiem nieźle – służąc pod komendą Wellingtona, awansował, a wśród kolegów dorobił się opinii brawurowo odważnego ryzykanta. Miał też – najwyraźniej zasłużoną – opinię faceta z obsesją na punkcie modnych ciuchów, drogich gadżetów i robienia przy ich okazji wrażenia, że jest kimś urodzonym znacznie wyżej, niż w rzeczywistości. W tzw. międzyczasie zdążył jeszcze poderwać zamożną i ustosunkowaną pannę, admirałównę Marię Bowater, i ożenić się (z nią i z jej posagiem), jak również zniechęcić do siebie większą część podwładnych i kolegów z pułku – jak się zakazuje wychodzenia z namiotów w czymkolwiek poza pełnym umundurowaniem galowym, to trzeba się liczyć z faktem, że podkomendnych to raczej nie zachwyci…
Obsesja na punkcie statusu bynajmniej nie przeszła MacGregorowi wraz z zakończeniem służby w wojnie na Półwyspie Iberyjskim. Po powrocie do kraju w roku 1810 mieszkał najpierw u matki, w Edynburgu, by następnie, po wczesnej śmierci żony, przenieść się do Londynu, gdzie nikt go nie znał, i tam czarować wyższe sfery swoimi rzekomymi koneksjami i osiągnięciami (bo fakt, jego pułk zyskał zaszczytne miano „Die-Hards”, ale było to już po tym, jak pan MacGregor przeszedł do cywila…).
W Londynie, w każdym razie, w jego pozy i pretensje uwierzono, a potem – potem w brytyjskiej stolicy pojawił się generał Francisco de Miranda i panu MacGregorowi przyszedł do głowy PLAN.

Gregorio, heros wojny w Ameryce

Gregorio_MacGregor
Gregorio MacGregor w armii wenezuelskiej

Generał Miranda był Wenezuelczykiem i prekursorem idei niepodległości tego kraju – fascynującą, przy tym, skądinąd, postacią. Nas jednak w tym momencie najbardziej interesuje fakt, że był przyjmowany z entuzjazmem, ba, wręcz fetowany na londyńskich salonach. Gregor MacGregor pozazdrościł i też postanowił zostać bohaterem wojny o niepodległość w Nowym Świecie. Sprzedał, co mu tam zostało ze szkockich posiadłości, i wyruszył do Ameryki Południowej.
Trafił do Caracas w 1812. Tu porzucił swoje pretensje do bycia baronetem – nie zyskałyby mu one zbyt wiele sympatii wśród wenezuelskich republikanów – ale nadal podawał się za sir Gregora, tym razem dlatego, że rzekomo był rycerzem portugalskiego(!) Zakonu Chrystusa. Wstąpił do armii, zyskał rangę pułkownika i ze zmiennym szczęściem to walczył, to uciekał, to włóczył się po całej niemal Ameryce Środkowej i Karaibach. Miał w życiorysie epizodzik pt. „Wyzwalanie Florydy”, na który mało kto zwrócił uwagę, miał i mniej przyjemne historie, jak moment, kiedy jego ucieczka z pola walki kosztowała życie podwładnych, którzy się poddali i zostali rozstrzelani. Cóż, pułkownik musiał przeżyć, miał w końcu do dokonania jeszcze wiele wielkich rzeczy.
Zaczął od wymyślenia własnego zakonu rycerskiego, tudzież kradzieży statku. Znaczy, kiedy kapitan statku Hero pochorował się na Haiti, MacGregor zawłaszczył jego okręt, przemianował go na El MacGregor i oświadczył, że poprzedni kapitan był pijakiem i niedojdą, a on, MacGregor, kapitanem będzie znacznie lepszym. Następnie wybrał się uwalniać Nową Granadę (dzisiejsza Kolumbia i Panama), tyle że mu się żołnierze rozpierzchli; pan MacGregor ergo schował się na okręcie, a zastępcę wysłał, by ten zdobył miasto Rio de la Hacha. Kiedy zastępcy się to udało, MacGregor upewnił się kilkakrotnie, czy aby na pewno flaga powiewająca z murów nie była jakimś podstępem, po czym, już pewny, wkroczył do Rio de la Hacha i skromniutko ogłosił się Jego Królewską Mością Inką Nowej Grenady. W kolejnym mieście MacGregor próbował powtórzyć ten sam numer, ale bezskutecznie. Powtórzył więc inne swoje zagranie – zwiał, znaczy się, a swoich ludzi zostawił na pewną śmierć.
Wypłynął ponownie już wkrótce, tym razem na dworze dość operetkowego króla Jerzego Fryderyka Augusta I, króla Wybrzeża Moskitów, w rzeczywistości marionetki w rękach Anglików. To do niego nasz miły pan MacGregor otrzymał nadanie olbrzymich terenów, które posłużyły mu do zorganizowania jednego z największych przekrętów finansowych w dziejach świata.
A było tak. W roku 1821 MacGregor przybył do Londynu. Tytułował się kacykiem Poyais i przedstawiał jako oficjalny reprezentant tego miodem i mlekiem płynącego królestwa w dzisiejszym Hondurasie, a za powód swego przybycia podawał chęć uczestnictwa w koronacji króla Jerzego IV. Stał się gwiazdą salonów, w czym na pewno pomogła mu reprezentacyjna i urodziwa żona – poślubiona podczas pobytu w Wenezueli doña Josefa Antonia Andrea Aristeguieta y Lovera, kuzynka Simona Bolivara. Nawet fakt, że w Londynie zdążyła się ukazać książka jego eks-podkomendnego, demaskująca urojenia i przekręty MacGregora, nie zachwiał jego karierą.

MacGregor wymyśla państwo

Niedługo po swoim przybyciu MacGregor przystąpił do realizacji swego planu. Zaczął od zaprojektowania fikcyjnego państwa.

Poyais
Widok na Mosquito Shore, rzekomo ujście Black River i port w Poyais

Dla Poyais, którego miał być kacykiem, wymyślił wszystko: i konstytucję (bo to monarchia konstytucyjna była, oczywiście, z Jego Wysokością księciem Gregorem I na czele), i system polityczny, i banki, i mundury dla wszystkich stu jednostek armii, i system tytułów szlacheckich… Opisał stolicę, St. Joseph, z jej budynkami, pałacem królewskim, katedrą, operą, szerokimi chodnikami i eleganckimi sklepami. W rzekach Poyais miały leżeć złote samorodki, jednodniowe polowanie wystarczyło, by zdobyć jedzenie na cały tydzień, a zboża plonowały trzy razy do roku. Opisane to wszystko było w elegancko wydanej książeczce, napisanej przez – jakżeby inaczej! – fikcyjnego „kapitana Thomasa Strangewaysa”. Wystarczyło kupić obligacje Poyais i raj na ziemi okazywał się nagle w zasięgu ręki.
Naiwnych, który nie tylko mu uwierzyli, ale i zainwestowali własny czas i środki w propagowanie tej fikcji, znalazł bez problemu – naiwność i wiara w piramidy finansowe i fikcyjne kasy oszczędności to też nie jest dwudziestopierwszowieczna specjalność. Long story short, wkrótce zaczął sprzedawać tytuły własności ziemi w Poyais, rozdawać stanowiska i tytuły i nader agresywnie reklamować się w prasie – nie tylko udzielając wywiadów i zamieszczając ogłoszenia, ale także finansując powstawanie pozornie spontanicznych ulicznych ballad sławiących Poyais i szansę, jakie ta mlekiem i miodem płynąca kraina dawała odważnym.
Chętnych, głównie wśród Szkotów, nazbierał dwa statki. Wyruszyły one z portu w 1823, pod flagą kacyka, ku świetlanej przyszłości; sam MacGregor, oczywiście, został, by doglądać kolejnych okrętów. Łajdak wiedział, co robił: koloniści oczywiście nie znaleźli żadnej stolicy, żadnego króla, żadnego, pokrótce, Poyais. O tym, jak przekonujący był MacGregor, świadczy fakt, że nawet po wielu tygodniach, kiedy do brzegu zawinął dość przypadkiem brytyjski okręt, znacząca większość odmówiła wyjazdu, bo wolała czekać, aż przybędą wysłannicy rajskiego Poyais… Z 250 oryginalnych kolonistów ponad 180 zmarło w wyniku fatalnych warunków i chorób.

Poyais dollar
Takie obligacje Poyais MacGregor sprzedawał naiwnym za prawdziwe pieniądze

A MacGregor? A MacGregor – dziwicie się? – w zasadzie spadł na cztery łapy. Uciekł do Paryża, tam znowu oczarował ludzi i prawie powtórzył swój popisowy numer, napisał parę listów do króla Hiszpanii, ofiarując pomoc Poyais w hiszpańskich ekspedycjach w koloniach, przepisał na nowo swoją złodziejską książeczkę (Poyais tym razem było republiką, przewidywalnie), a w roku 1826 został uniewinniony w procesie o oszustwo. Wyjechał potem z Francji, kombinował kolejne oszustwa z Poyais w tle w Londynie, a po śmierci żony wybył na stałe do Nowego Świata. Na koniec udało mu się jeszcze wysępić od rządu Wenezueli obywatelstwo, przywrócenie do armii i pensję. Umarł, otoczony powszechnym szacunkiem, w 1845. W Anglii jeszcze długo śpiewano o nim balladę, która bardzo dobrze podsumowuje życie i karierę tego kacyka oszustów:

You can fool the people all of the time
Just believe in what you say
If your luck’s running out just proudly shout out
I’m the Prince of Poyais.


Do poczytania:
David Sinclair, The Land That Never Was: Sir Gregor MacGregor and the Most Audacious Fraud in History, Boston 2004


n

Reklamy