„L’affaire Fualdès” na scenie

W nawiązaniu do poprzedniej notki (mamy laga podróżnego, niestety): dzięki uprzejmości reżysera weszłyśmy na widownię. I jak już wydawało się, że wszystko się udało… przyszła burza. Prawdziwa, wielka ulewa z piorunami – całą publiczność ewakuowano pod arkady i przez prawie godzinę staliśmy tam, czekając na to, czy wypada się na tyle, żeby aktorzy byli w stanie grać. Przed 22 deszcz ustał, wodę ze sceny usunięto i pogoda wytrzymała na tyle długo, że dopiero finałową scenę zagrano w deszczu.

W ramach krótkiej recenzji – bo należy się to organizatorom, którzy niezwykle się wzruszyli faktem, że ktoś przyjechał aż z dalekiej Polski, żeby obejrzeć ich spektakl – trzeba powiedzieć przede wszystkim, że bardzo prosimy o taki teatr amatorski w Polsce (oraz o taką publiczność). Materia teatralna była niełatwa: bardzo długi i skomplikowany proces o wyjątkowo odrażającą zbrodnię (jeden z najsłynniejszych w XIX w.), wedle najnowszych teorii historycznych mającą podłoże polityczne. Wedle dokumentów: kilkuset świadków, teza przyjęta przez sąd, skazani prawdopodobnie niewinni – już w XIX w. uznawano proces za pomyłkę sądową, ostatnio raczej za krycie wątku politycznego. Oczywiście w spektaklu, a konkretnie sztuce Paula Austruca (lokalnego pisarza, autora komiksów i historyka regionu), wydobyto zaledwie kilka wątków śledztwa i procesu, koncentrując się – co naturalne – na najbardziej efektownym epizodzie – zeznaniach lokalnej piękności i sensatki, które zdaniem wielu zadecydowały o skazaniu na śmierć trójki oskarżonych. Nie będziemy się tu rozpisywać o szczegółach procesu, ponieważ szykuje się na ten temat osobna dłuższa notatka na stronie, na podstawie ogromnej liczby dokumentów, w tym wspomnień większości kluczowych postaci. Szykuje się też, jak już wspomniałyśmy, steampunkowe opowiadanie oparte na tej historii.

A zatem jeszcze dwa słowa o materii teatralnej. Takiej historii nie da się opowiedzieć bez retrospekcji, a warunki sceny pod gołym niebem nie pozwalają na wiele efektów. Wybór tych najprostszych: wideoprojekcji w tle opowieści bohaterów, wyjątkowo się tu sprawdził: poprzez wyświetlane na ograniczający scenę ekran obrazy ewokowano nie tylko poszczególne wnętrza, ale też wydarzenia opisywane przez kolejne postacie. Zaznaczyłyśmy, że chciałybyśmy takiego amatorskiego teatru w Polsce: naprawdę, nieprofesjonalni aktorzy byli świetnie przygotowani – nie tylko dobrze (i z dobrą dykcją) podawali tekst, ale też sprawdzali się doskonale w drugim z inscenizacyjnych pomysłów, jakim było zatrzymywanie ich w stopklatkach, kiedy główny narrator wprowadzał publiczność w kolejne etapy sprawy. Pomysłowo rozwiązano także kostiumy: ponieważ kilkoro aktorów grało kolejno kilka postaci, ich tożsamość wskazywano przez dodawanie zróżnicowanych rekwizytów do prostych czarnych strojów. Prawdę mówiąc było to momentami ciekawsze inscenizacyjnie od wielu nadętych i pretensjonalnych pomysłów reżyserów-celebrytów…


Qui a tué Fualdès?, Rodez, 27-30 sierpnia 2016. Tekst: Paul Austruc; reżyseria: Laurent Cornic i Olivier Royer; wykonawcy: Les Rutènes en scène

Strona oficjalna


d

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s