Między belcantem a Verdim

Słowo się rzekło, kobyłka u płota. Byłyśmy na tych koncertach, posłuchałyśmy kompozytora w zasadzie zapomnianego, choć na fali tego, że dziś w świecie operowym panuje moda na odpominanie (np. projekt Cecilii Bartoli związany z repertuarem Marii Malibran, o której skądinąd wypadałoby tu kiedyś napisać osobno), również Józef Michał Poniatowski doczekał się nie tylko sporadycznych koncertów, konsekwentnej popularyzatorki, ale i trzech płyt (nagranie skrótu opery Pierre de Médicis, która obok Don Desideria miała być największym sukcesem kompozytora, oraz dwóch recitali arii sopranowych).

Powiedzmy to od razu: Joanna Woś nie jest Cecilią Bartoli ani jeśli chodzi o renomę, ani możliwości głosowe, że o technice nie wspomnę (a dodajmy, że przy całym szacunku dla dokonań oraz podziwu dla sztuki pani Cecilii żadna z nas nie jest jej zagorzałą fanką – po jakimś czasie jej maniera zaczyna być wręcz męcząca), ale już samo to, że oprócz typowego sopranowego repertuaru z wykonawstwem na poziomie wyższych stanów polskiego teatru operowego, zabrała się za odtwarzanie dzieł zapomnianych zasługuje na brawa.

Dlaczego o tym wspominam? Ano dlatego, że opera buffa pt. Don Desiderio, z którą zapoznałyśmy się na sobotnim koncercie, w mistrzowskim wykonaniu mogłaby zyskać co najmniej takie uznanie, jak wyciągane przez Bartoli z archiwów dzieła (koronnym przykładem jest Clari Halévy’ego, wystawiona po 180 latach niebytu w Zürichu, który jest jedną z najciekawszych obecnie scen operowych Europy i gdzie występują autentyczne gwiazdy; skądinąd od ostatniego wystawienia Don Desideria minęło 138 lat). Z punktu widzenia historii muzyki Halévy jest z pewnością ważniejszy od Poniatowskiego, bo trochę eksperymentował, ale z punktu widzenia zwykłego melomana Don Desideria słucha się lepiej, niż Clari, między innymi dlatego, że muzycznie bywa po prostu zabawny jak na farsę przystało. Jest to oczywiście nieoryginalne dojrzałe belcanto (premiera miała miejsce w tym samym 1840 roku co jeden z absolutnych hitów tego gatunku, Córka pułku Donizettiego), ale ma zupełnie sympatyczne kawałki, które bardzo zyskałyby na brawurowym wykonaniu.

Nawiasem mówiąc, Poniatowskiego cenił ponoć sam Hector Berlioz, bezwzględnie największy francuski (a w latach ’30-’40 XIX w. to chyba wręcz europejski) reformator muzyki. Berlioz był mistrzem instrumentacji i może to doceniał u Poniatowskiego, który jest w tym względzie bardzo sprawny, choć nienowatorski.

Już sam początek, kiedy tytułowy Desiderio – pechowiec, fajtłapa i sensat – przekonany, że jego przyjaciel zmarł, pędzi powozem, aby zanieść wieści jego rodzinie, jest całkiem udany. Galop jest całkiem ładnie zrobiony muzycznie i takich zręcznych ilustracyjnych kawałków było więcej, ale niestety nie robiłam notatek, a w necie nie ma nagrania, więc szczegóły zdążyły mi nieco umknąć. Miłym, może nawet zamierzonym, fabularno-muzycznym szczegółem jest napisanie sporej partii – w tym najładniejszej arii (barytonowej) na początku II aktu – dla notariusza, który jest zazwyczaj w operze postacią w najlepszym razie epizodyczną, jeśli nie w ogóle niemą. Ensemble, jak u Rossiniego kończące kolejne akty, są napisane sprawnie, acz bez fajerwerków (znowu: może więcej by z nich wydobyło bardziej brillant wykonanie). W sumie w porównaniu ze słabszymi, a nawet przeciętnymi dziełami wielkich belcantowych autorów opery buffa (Rossini, Donizetti) Don Desiderio wychodzi obronną ręką.

JNKP_dond

A teraz wykonanie. Powiem tak: jak na Polskę zupełnie dobre. Najlepsi zdecydowanie panowie w partiach barytonowych i bass-barytonowych (najwięcej do pośpiewania mieli Stanisław Kuflyuk w roli tytułowej i Krzysztof Szumański jako notariusz Don Curzio – obaj poradzili sobie zupełnie dobrze), ale to dość normalne. Tenorowi Ondrejowi Salingowi (rola amanta Federica) też nie mam nic do zarzucenia, podobnie jak reszcie męskiej obsady. Z paniami było różnie: Joanna Woś nie do końca trafiała do mnie barwą głosu, aczkolwiek ma go sporo, zresztą w miarę koncertu ta barwa robiła się przyjemniejsza (a na płycie brzmi zupełnie nieźle), jakby na początku śpiewaczka była nierozśpiewana. Arie sopranowe Poniatowskiego – jak na razie jedyne nagrywane recitalowo – są trudne i wymagające, Woś sobie z nimi radzi, niemniej kupię chyba jeszcze płytę Aleksandry Buczek, żeby porównać, zwłaszcza że ma dobre recenzje, ale to wykonanie z fortepianem, za czym nie przepadam. Katastrofą niestety był mezzosopran (rola na szczęście nieduża i bez własnej arii): jestem w stanie uwierzyć, że Vera Baniewicz miała kiedyś ładny głos (słychać to bywało w dolnych rejestrach), ale niestety kiedyś jest tu zapewne słowem kluczem. Pierwsze wyraźne potknięcie w ramach zasady in dubio pro reo postanowiłam uznać za celowe (w tej operze humor muzyczny się zdarza) w roli starej baby, ale niestety później stało się oczywiste, że kompozytor jednak tak tej partii nie napisał.

Don Desiderio jest farsą i szkoda, że wystawiono go tylko estradowo (dobrze, że w ogóle) – podobnie jak muzyka zyskałaby na szaleńczym, brawurowym wykonaniu, tak całość po prostu prosi się o zabawne, pełne werwy i nieunikające daleko posuniętej śmieszności wystawienie. Zważywszy że nawet w wykonaniu koncertowym powszechną wesołość publiczności wywołały panie grające na perkusji, tłukące w pewnym momencie na estradzie jakieś naczynia, a także niektóre fragmenty samej opery dzięki temu, że śpiewacy troszkę usiłowali grać, no i muzyka, jak wspomniałam, bawiła się czasem sama sobą, to naprawdę mógłby być miły dodatek do komediowego repertuaru teatrów operowych. Nie należy tylko dać się nabrać na to, że ponieważ kompozytor zapomniany, to muzyka wykonawczo łatwa – wręcz przeciwnie. Taki spektakl naprawdę wymagałby pierwszoligowej obsady.

Tyle w kwestii opery. W niedzielę poszłyśmy posłuchać, co Poniatowski miał do powiedzenia w muzyce oratoryjnej. Msza F-dur, młodsza o prawie 30 lat od Don Desideria (1867), to już nie belcanto, które kompozytorowi wyraźnie lepiej wychodzi, co zresztą tu i ówdzie było w tej mszy słychać w partiach solowych, aczkolwiek całość raczej skłaniała się ku stylowi Verdiego. Słuchało się tego przyjemnie, zwłaszcza że w ewangelicki kościół św. Marcina ma świetną akustykę, w przeciwieństwie do krakowskiej filharmonii, a kilka części wykraczało nawet nieco ponad przeciętną (otwierające Kyrie i przede wszystkim piękne pieśniowe Agnus Dei na baryton i bardzo wyciszony chór). Tu zresztą poziom wykonawczy był bardziej wyrównany, aczkolwiek msza z akompaniamentem fortepianu brzmi dość egzotycznie.

JMKP_fdur

Podsumowując: jeśli przyszłoroczny Festiwal Muzyki Polskiej będzie nadal wystawiał opery Poniatowskiego, to pójdziemy. Zabawne jest tylko to, że jakkolwiek kompozytor z pochodzenia był po części Polakiem, z polską muzyką nie ma jego twórczość absolutnie nic wspólnego (czysto technicznie jest po prawdzie lepsza od wszystkich naszych narodowych oper razem wziętych – nic nie ujmując pięknu melodii pisanych przez Moniuszkę, orkiestracyjnie jego opery wołają o przepisanie ich na nowo w ciekawszej aranżacji). Ale cicho sza, żeby ktoś tego nie podsłuchał w jakimś ministerstwie i nie wykreślił tej włoskiej par excellence muzyki z festiwalu o takiej nazwie.


d

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s