Pieskowa Skała 2016

Pojechałyśmy dziś do podkrakowskiej Pieskowej Skały, gdzie w ramach szerszej (?) imprezy pt. Dni Kultury Staropolskiej zorganizowano dwudniowy Salon Xsieżnej Wirtemberskiej. Jakkolwiek z wielką radością należy powitać wszelkie inicjatywy popularyzujące epokę i historię nieco dawniejszą, niż najnowsza, już tytuł imprezy zdradza jej podstawową wadę: brak profesjonalizmu i niedbałość o szczegóły. Bo jeśli już, to salon był Xiężnej a nie Xsiężnej.

skala04Wpadek niestety było trochę więcej. Część z nich wzięła się, jak mniemam, z braku zainteresowania szczegółami szerszego kontekstu przez osoby prezentujące konkretny temat. Dam jeden przykład, za to złożony. Sympatyczny skądinąd człowiek zajmujący się na co dzień szyciem rekonstrukcyjnych ubrań (z internetowej prezentacji wynika, że zasadniczo cywilnych), wykazał się słabą znajomością historii XIX w., ale także terminologii związanej z umundurowaniem, a tak się złożyło, że przypadło mu tłumaczenie bardzo skądinąd profesjonalnego wykładu czeskiego rekonstruktora o mundurach. W rezultacie po polsku nie padło słowo bermyca, choć powinno, natomiast słuchacze zostali wprowadzeni w błąd, jakoby w okresie napoleońskim istniały Austro-Węgry (powstały w 1867) oraz Cesarstwo Pruskie (powstało w 1871) – co było kreatywnym rozwinięciem angielskich terminów „Austria” i „Prussia”. Niby drobiazgi, ale jednak – noblesse oblige. A tak à propos bermycy (i paru innych szczegółów), myślałam, że to tylko przypadłość polskiego (i pewnie nie tylko) światka akademickiego, że wielu naukowców nie interesuje nic poza ich wąską działką, ale najwyraźniej przesadna specjalizacja zakrada się również w inne dziedziny życia, skoro dla specjalisty od ubioru historycznego terminologia choć trochę odbiegająca od głównego nurtu zainteresowań, jest obca.

skala01

Kolejną rzeczą, która rzucała się w oczy jako może nie tyle nieprofesjonalna, ile niedodbana, było za mało było prób wciągnięcia publiczności w interakcję. Poczynając od wspomnianego braku degustacji potraw, choćby przecież za dodatkową niewielką opłatą, przez takie troszkę odbębnianie kolejnych punktów programu. Czasem to kwestia drobiazgów, jak chociażby coś takiego: tańce są zawsze atrakcyjne, ale może warto na przykład (zaczerpnięty  z podobnej imprezy we Francji) najpierw powiedzieć parę słów o tym, jak dany taniec się nazywa, jaka jest jego historia i specyfika, pokazać figury, a dopiero potem tańczyć pokazowo? Osiemnasto- i dziewiętnastowieczne pokazy są ładne, a tu n dodatek można było pooglądać je z nietypowej perspektywy galerii na piętrze, ale oglądający będzie znacznie bardziej zainteresowany, jeśli dowie się jakichś ciekawostek.

Przyznaję, publiczność nie wykazywała jakiejś szczególnej aktywności, co mogło być frustrujące, zwłaszcza w drugim dniu imprezy. Po pokazie tańców, na który trafiłyśmy, organizatorzy (Szkoła Tańca Jane Austen) zaprosili oglądających do wspólnego poloneza. I co? I publika szybko się rozeszła, chętnych było raptem dwoje – pan, który następnie wykazał również zainteresowanie strzelaniem z muszkietu – a raczej konkretnie kawaleryjskiego karabinu – oraz niżej podpisana (która również, oczywiście, strzelała). Kiedy rok temu byłam na podobnej imprezie zorganizowanej w Musée Carnavalet w Paryżu, to wśród publiczności chętnych do tańca i wszelkich innych aktywności było więcej, niż możliwości, i nie byli to tylko ludzie bardzo młodzi, ale również panie zdecydowanie w sile wieku. Troszkę mi na tej podkrakowskiej imprezie tej spontaniczności i autentycznej zabawy brakowało – choć, jak zaznaczyłam, niekoniecznie i nie do końca z winy organizatorów.

skala05Na co jeszcze mogłabym ponarzekać? Ano na to, że jak już się robi imprezę empirową (a tak zapowiadały to ogłoszenia, mimo że księżna Maria Wirtemberska przeżyła kilka polityczno-modowych epok, żyjąc od 1768 do 1854), to pokaz ubierania się powinien uwzględniać modę empire, a nie okresu Dyrektoriatu. Suknia prezentowana na tym kawałku tego konkretnego programu, który obejrzałyśmy, była bardzo pięknie uszyta z bardzo ładnego materiału, ale wzorowana na roczniku 1798, na dodatek na wachlarzu, jaki nam pokazano, przedstawieni byli Maria Antonina i Ludwik XVI. Zakładając szerszą perspektywę chronologiczną związaną z biografią księżnej, w sumie wystarczyłoby powiedzieć, że pani, którą odgrywała rekonstruktorka, jest rojalistką, emigrantką przybyłą z królewskimi braćmi do Warszawy (aczkolwiek nastąpiło to dopiero w 1801), co jakoś tam mogłoby nawet uratowałoby nieadekwatną do epoki suknię i dominację Marii Antoniny w opowieści. Sądzę, że tu mieliśmy do czynienia z inną bolączką polskich imprez: bierzemy to, co mamy pod ręką. A że na wedle zapowiedzi empirowej imprezie będzie suknia AD 1798, do tego fryzura Marii Antoniny oraz rojalistyczny wachlarz, to już kwestia drugorzędna. Tylko potem na przykład nie narzekajmy, co lubią robić rekonstruktorzy, że szeroka publika nie rozpoznaje anachroniozmów albo łyka bez problemu kiksy filmowo-serialowe.

skala02Wyszła mi ta notatka trochę malkontencka, bo też w porównaniu z „cywilnymi” imprezami mającymi w sobie element rekonstrukcji i prezentacji epoki, w jakich miałam okazję uczestniczyć głównie we Francji i Włoszech, ta pozostawiła spory niedosyt. Spotkania były sympatyczne, organizatorzy, z którymi porozmawiałam o tym i owym (również o wpadkach historycznych) mili, do Jane Austen nadal zamierzam się zapisać na kurs tańca, ale mając tak ładne miejsce i naprawdę fascynujący temat oraz wyjątkowo wdzięczny okres w modzie, można było pokusić się o trochę większy rozmach, niekoniecznie zwiększając środki, po prostu bardziej aktywizując samych siebie i gości. A przede wszystkim warto może trzymać się założenia, że prezentujemy konkretny wycinek historii,  taka impreza powinna bowiem dyskretnie uczyć bawiąc.

Miłym i interesującym pomysłem było czytanie wierszy – niemniej o ile zdołałam się zorientować, odbywało się ono tylko podczas prezentacji tańców, podczas gdy zabrakło obiecywanej w programie stałej obecności księżnej Wirtemberskiej wśród zwiedzających zamek (poezja z jej kręgu miała być „performatywnie” czytana na zamku i w parku – może tak było w sobotę, w niedzielę nie zauważyłam). Tak nawiasem mówiąc, całkowicie niewyeksponowana została empirowa część kolekcji zgromadzonej w Pieskowej Skale, a prosiłoby się, żeby w tej konkretnej sali ktoś praktycznie non-stop opowiadał o naprawdę całkiem ciekawych, jak na bądź co bądź małe prowincjonalne muzeum, zbiorach.

skala03Oczywiście cieszę się mimo to, że nie pokonały mnie upał, lenistwo ani ból głowy, bo uczestnictwo w takiej imprezie zawsze coś daje – w przeciwieństwie do kulinarnie i kuchennie obytej towarzyszki ja dowiedziałam się rzeczy o kuchni, których wcześniej nie wiedziałam, kolejne szczegóły dotyczące toalety i mundurów też na pewno nam się przydadzą, choćby i do pisania powieści, bo tej modowej wiedzy nigdy za dużo, no a okazję zatańczenia czegoś epokowego oraz postrzelania z muszkietu zawsze witam z otwartymi rękami. I jak tylko w okolicy będzie podobna impreza, na pewno się na nią wybierzemy, a na tym blogu będziemy zdawać krytyczne relacje.


d

Reklamy

2 myśli w temacie “Pieskowa Skała 2016

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s